topimagenoframe2.gif (28251 bytes)

Z pamiętnika podróży 
„Anglia i Szkocja” 
(1820-1824) 
Krystyna Lach-Szyrmy
   (Tygiel17/s8)

 

„(...) Droga prowadziła przez Canterbury, gdzie do osobliwości widzenia godnych należy kościół katedralny, pięknej gotyckiej architektury, zaliczany do najstarożytniejszych w Anglii. Erazm a Rotterdamu w tych słowach o nim wspomina: „z taką okazałością wznosi się ku niebu, że już z daleka patrzących przejmuje czcią religijną”. 
Słynął niegdyś grobem św. Tomasz Becketa, który tu w r. 1170 przez nasadzonych przez Henryka II morderców u stóp ołtarza doznał tego samego co Stanisław Szczepanowski losu. (...) W połowie drogi do Londynu dał się na gościńcu postrzegać ruch nadzwyczajny, co chwila spotykaliśmy to pocztowe karety, to dyliżanse. Gdybyśmy się tej wrzawie nadziwić się nie mogli, powiększyło się jeszcze zdziwienie, gdy nam powiedziano, że między Dover a Londynem codziennie przynajmniej sześćdziesiąt takich pojazdów się obraca, które tam jako w połowie drogi w jednej godzinie się spotykają; na kilku z nich naliczyłem wewnątrz i na wierzchu do 14 i 17 osób. Co za nieporównana czynność i ruch”.

A o kuchni angielskiej tak pisze autor:

„ Dano do stołu jakąś zupę, ni czarną ni białą, której dość powiedzieć nikt ani jeść nie mógł, ani zgadnąć z czego właściwie się składa; nie mogąc zrobić chemicznego rozbioru, nazwaliśmy ją rodzoną siostrą zupy spartańskiej, której ingrediencji także, dla braku dostatecznych świadectw, nikt z uczonych filologów dotąd nie dociekł. Po zupie przyniesiono rostbef – jak wiadomo grunt i korona stołu angielskiego. Był to ogromny piękny kawał tłustej wołowiny, nie upieczony ale rozparzony tylko, że rozkroiwszy go nożem, krew się sączyła; i dlatego chociaż może najwierniej podług przepisów angielskiej kuchni sporządzony, nie mógł nam przypaść do smaku, owszem niejaki wstręt na sam widok sprawiał. (...) Nie czynię o tym wzmianki w tej myśli, abym z upodobania Anglików w potrawach mięsnych półsmażonych wywodził ich narodowe skłonności do boxów, okrucieństw i zabójstw, jak to wielu pisarzy starało się dowodzić”.

Opisując obyczaje i obserwując białogłowy, komentuje:

„ Nieznajomej damie nie wolno podać ręki, miałaby to sobie za uchybienie, ani też zbliżyć się do niej i rozmawiać. Pewną dalekość mają za przystojność... Wieczory w dzień sobotni trwają tylko do północy Punkt dwunasta gospodyni żegna gości, gdyż wtenczas zaczyna się niedziela, którą najświęciej obserwują. Nie wolno mówić z nikim, nie będąc wprzód przedstawionym. (...)

Dziewice kaledońskie mają w chodzie i postawie więcej śmiałości od dziewic Albionu. Rysy ich twarzy nie są tak regularne jak Angielek, lecz są wyrazistsze i bardziej ożywione, kibić smukła, cokolwiek męska, chód za szeroki, cera bardziej czerstwa niż delikatna, oczy jak u Polek ciemne albo wielkie szare. Są między nimi mądre, co uczą się po łacinie i po grecku.

Nie znają, co to chodzić z lokajem za sobą; idą w tym za zdaniem Goldsmitha, że cnota strzeżona ledwie warta strzeżenia”.

Opr. B. H.

Copyright © 1998-2003 TYGIEL MŁODZIEŻOWY  Wszystkie prawa zastrzeżone