|
„(...) Droga prowadziła przez Canterbury,
gdzie do osobliwości widzenia godnych należy kościół
katedralny, pięknej gotyckiej architektury,
zaliczany do najstarożytniejszych w Anglii. Erazm
a Rotterdamu w tych słowach o nim wspomina: „z
taką okazałością wznosi się ku niebu, że już
z daleka patrzących przejmuje czcią religijną”.
Słynął niegdyś grobem św. Tomasz Becketa, który
tu w r. 1170 przez nasadzonych przez Henryka II
morderców u stóp ołtarza doznał tego samego co
Stanisław Szczepanowski losu. (...) W połowie
drogi do Londynu dał się na gościńcu postrzegać
ruch nadzwyczajny, co chwila spotykaliśmy to
pocztowe karety, to dyliżanse. Gdybyśmy się tej
wrzawie nadziwić się nie mogli, powiększyło się
jeszcze zdziwienie, gdy nam powiedziano, że między
Dover a Londynem codziennie przynajmniej sześćdziesiąt
takich pojazdów się obraca, które tam jako w połowie
drogi w jednej godzinie się spotykają; na kilku
z nich naliczyłem wewnątrz i na wierzchu do 14 i
17 osób. Co za nieporównana czynność i
ruch”. |
|
A o kuchni angielskiej tak pisze autor:
„ Dano do stołu jakąś zupę, ni czarną ni
białą, której dość powiedzieć nikt ani jeść
nie mógł, ani zgadnąć z czego właściwie się
składa; nie mogąc zrobić chemicznego rozbioru,
nazwaliśmy ją rodzoną siostrą zupy spartańskiej,
której ingrediencji także, dla braku
dostatecznych świadectw, nikt z uczonych filologów
dotąd nie dociekł. Po zupie przyniesiono rostbef
– jak wiadomo grunt i korona stołu
angielskiego. Był to ogromny piękny kawał tłustej
wołowiny, nie upieczony ale rozparzony tylko, że
rozkroiwszy go nożem, krew się sączyła; i
dlatego chociaż może najwierniej podług przepisów
angielskiej kuchni sporządzony, nie mógł nam
przypaść do smaku, owszem niejaki wstręt na sam
widok sprawiał. (...) Nie czynię o tym wzmianki
w tej myśli, abym z upodobania Anglików w
potrawach mięsnych półsmażonych wywodził ich
narodowe skłonności do boxów, okrucieństw i
zabójstw, jak to wielu pisarzy starało się
dowodzić”.
Opisując obyczaje i obserwując białogłowy,
komentuje:
„ Nieznajomej damie nie wolno podać ręki, miałaby
to sobie za uchybienie, ani też zbliżyć się do
niej i rozmawiać. Pewną dalekość mają za
przystojność... Wieczory w dzień sobotni trwają
tylko do północy Punkt dwunasta gospodyni żegna
gości, gdyż wtenczas zaczyna się niedziela, którą
najświęciej obserwują. Nie wolno mówić z
nikim, nie będąc wprzód przedstawionym. (...)
Dziewice kaledońskie mają w chodzie i postawie
więcej śmiałości od dziewic Albionu. Rysy ich
twarzy nie są tak regularne jak Angielek, lecz są
wyrazistsze i bardziej ożywione, kibić smukła,
cokolwiek męska, chód za szeroki, cera bardziej
czerstwa niż delikatna, oczy jak u Polek ciemne
albo wielkie szare. Są między nimi mądre, co
uczą się po łacinie i po grecku.
Nie znają, co to chodzić z lokajem za sobą; idą
w tym za zdaniem Goldsmitha, że cnota strzeżona
ledwie warta strzeżenia”.
Opr. B. H. |